
Budzę się. Biały sufit, okno, za nim balkon - oszklony. Światło jasne, ostre, wiosenne. Prześwituje przez liście drzewa tuż za szybami. Przekręcam głowę. Ściana, białe półki. Statek piracki i szpital. Pewex, najpierw małe, później większe pudełka. Tort i te takie świeczki śmieszne. Klocki dziwnie pachą w kontakcie z wodą.
Wstaję, idę do łazienki, odkręcam kran w wannie. Pasta do zębów i niebieska szczoteczka. Małe okno z żaluzjami. Właściwie to czemu bez umywalki?
Kuchnia – masło orzechowe z chlebem. Nocą wychodzą, przy chlebie jest ich mnóstwo. Mówiła, że wreszcie zrobi z nimi porządek. Biovital na lodówce. Łyżeczka za łyżeczką, mógłbym pić litrami. Pokój dzienny – znów balkon, szkło, drzewo, światło. Telewizor, komputer. - Co ty tam oglądasz? - pytają wchodząc niespodziewanie tego dnia, kiedy kolega (Maciek? Tak, chyba Maciek) przegrał mi na dyskietkę parę zdjęć z nagimi kobietami.
Przedpokój, buty wyjmuję z szafki, pod szafą. Boazeria. Na górze szafy narty. Zjeżdżam pierwszy raz, nie kontroluję, ale jakoś udaje mi się zahamować. Sznurowadła.
Klatka. Ostry zapach – jedzenie starych ludzi i oni sami. W nocy krzyki od tych z dołu, lubię słuchać, gdy się kłócą. Na półpiętrze, za kawałkiem korytarza oddzielonym kratami kryminalista podobno, pijak w każdym razie, z matką mieszka, co ona z nim biedna ma, żeby pani wiedziała. - Jak nie będziesz mył buzi, to kiedyś też będziesz miał na niej takie ślady.
Świeże powietrze, wreszcie. Po lewej wypożyczalnia kaset wideo. Drużyna A, potem chyba Szklana Pułapka. Z prawej za zakrętem fryzjer. Ja chcę mieć długie włosy. W lewo potem sklep rybny. Zapach też rybny. Prosto natomiast kaplica, niedługo będzie kościół, jeszcze rok, dwa, góra trzy. Tłum w niedzielę, nie ma gdzie siedzieć, ledwo jest gdzie stać. Opieram się o schody na chór, kiedy to się wreszcie skończy?
Idę prosto, przez działki. W drugą stronę przy zachodzie słońca bloki wyglądają jakby płonęły.
Szkoła. Osiem godzin. Wychodzę, dalej nie pamiętam.